Pomysł wyjazdu na rajd zabytkowych motocykli do Estonii wyrósł jeszcze w ubiegłym roku. Tuż po albo jeszcze w trakcie FIVA Rotor Retro Tour - międzynarodowej imprezy zorganizowanej przez Klub Miłośników Weteranów Rotor. Według planu najpierw mieliśmy ruszyć na włoską edycję rajdu FIVA, ale niestety zmienne decyzje co do terminu rajdu w Toskanii zaowocowały zdublowaniem się terminów Rotor Rajdu z włoską imprezą. Została Estonia, wtedy jeszcze w luźnych rozmowach. Wtem - nagle telefon z Olsztyna. Ruszamy nad Bałtyk, ale w inną jego stronę. Rezerwujcie termin. Na takie zaproszenie od przyjaciół z Rotoru nie mogło być innej odpowiedzi. Jedziemy!
Ekipa zebrana, logistycznie wszystko dopięte, głównie za sprawą Damiana – prezesa K.M.W. który dopracował wszystkie szczegóły z niesamowitą precyzją kwatermistrzowską. Spotkaliśmy się w Olsztynie i szybko ruszyliśmy w drogę. W summie zabraliśmy pięć motocykli – dwa sidecary (Ural i K750) oraz trzy solówki (NSU, Viktorię i Triumpha). Reprezentacja Polski była więc bardzo silna.
Znając harmonogram imprezy i przebieg trasy rajdu, postanowiliśmy zawitać na miejsce dwa dni wcześniej i odwiedzić ciekawostki, które nie były ujęte w planie, a ze wszech miar były godne odwiedzenia.

Kilkanaście godzin jazdy i dobiliśmy do brzegu Bałtyku (dosłownie). Całe wydarzenie odbywało się bowiem nie na lądzie, a na estońskiej wyspie – Sarema. Ciekawostką było, że do celu trzeba było dotrzeć etapami. Najpierw przeprawa promowa na mniejszą wyspę o wdzięcznej nazwie Muhu, a potem usypaną pod koniec XIX wieku groblą na docelowy skrawek lądu. Choć słowo „skrawek” nie do końca będzie adekwatne, bowiem Sarema ma blisko 900 km linii brzegowej! W każdym razie po urzekającej podróży dotarliśmy do celu – campingu Kurujarwe, położonego w centralnej części wyspy nad samym brzegiem malowniczego jeziora. Cudowne miejsce. Trochę jak nasze mazury, ale z tą zaletą, że bez zgiełku i tłumów. Sama natura. Chyba wszyscy zakochaliśmy się w tym sielskim i spokojnym klimacie. Do tego byliśmy pierwszymi uczestnikami rajdu, którzy zameldowali się w bazie.
Jak wspomniałem, po zakwaterowaniu dwa dni poświęciliśmy na eksplorowanie zakątków wyspy nie będących w planie imprezy. Po krajoznawczych atrakcjach zaczęliśmy obserwować napływ innych uczestników. Co chwilę warkot silników zacnych jednośladów zwiastował początek rajdu. A było tego finalnie co niemiara - blisko 200 motocykli z Estonii, Łotwy, Litwy, Finlandii, no i naturalnie z Polski. Egzemplarze, ich stan i jakość odrestaurowania oraz unikatowość wręcz powalała. Do tego prawie wszystkie wzięły udział w rajdzie. Muszę jednak wyjaśnić, że są to rajdy turystyczne. Organizowane w formule zgoła innej niż nasze MPPZ-y. Jest to po prostu wspólny przejazd między atrakcjami turystycznymi. W naszych warunkach trudne do realizacji, choćby ze względu na natężenie ruchu i przepisy drogowe. Tam dało się bez problemu jechać ogromną kolumną aż 160 motocykli w jednym ciągu! Aż dziw bierze, że można taką grupą przemierzyć blisko 140-kilometrową trasę.

Zobaczyliśmy słynne klify w Pandze, skansen wiatraków i dawnego sprzętu rolniczego by finalnie zawitać do jedynego na wyspie miasta – Kurussare. Tam na terenie majestatycznej twierdzy i centralnie posadowionego zamku rozegrano konkurs elegancji i przejazd na regularność. Powrót na camping, do bazy był już luźną wycieczką. Na miejscu, w oczekiwaniu na odpowiednik naszych „Bali Komandorskich” można było wziąć udział w konkursach stacjonarnych, np. trzymanie na czas na wyprostowanych ramionach silnika od motocykla K55, a także wystawić swoje jednoślady do oceny przez jury imprezy, które honorowało sprzęty w różnych kategoriach. W efekcie w jednej z kategorii, czyli „najciekawszy pojazd militarny” NSU WH z naszej grupy zdobył pierwszą lokatę. Poza tym estońscy koledzy podziękowali wszystkim przedstawicielom klubów z osobna za stawiennictwo na ich imprezie. Po oficjalnym zakończeniu rajdu, uroczystej kolacji przyszła pora na koncerty. Nie do białego rana, bowiem o tej porze roku niebo tam tylko nieznacznie zmienia barwę i jest dość widno nawet po północy. Żal było o poranku pakować dobytek i po wspólnym śniadaniu szykować do drogi. Zbyt krótko i zbyt ciekawie, żeby nasycić się należycie.
Podsumowując - impreza świetna. Odmienna formuła naprawdę ciekawa i przystępna nawet dla stuletnich motocykli. Walory przyrodnicze niepowtarzalne. Do tego wspaniali i otwarci ludzie. Pełno uśmiechu i ciepła. Warto odwiedzić naszych sąsiadów zza morza. Serdecznie dziękujemy za miłe przyjęcie i gościnę klubowi Unic-Moto, organizatorowi rajdu. Ale przede wszystkim ogromne podziękowania dla naszych przyjaciół z klubu Rotor za wspólną przygodę i doborowe towarzystwo. Jeszcze dużo przed nami! Piękny, międzyklubowy team Rotor – Magnet. Madzia, Kasia, Ania, Agatka, Sonia, Zuzia, Damian, Adam i Patryk - wielkie dzięki!!!
Za rok klub Unic-Moto obchodzi swoje pięćdziesięciolecie. Będzie się działo!
Tekst: Daniel Gągol
Więcej zdjęć znajdziecie na naszym Facebooku.

